czerwca 16, 2026
MPO, czyli Mąż Pasjonatki Ogrodu.
Żeby wynagrodzić Wam te długie tygodnie czekania, przygotowałam coś naprawdę wyjątkowego. Coś, co – mam nadzieję – wywoła na Waszych twarzach duży uśmiech. Ciekawi?
Przed Wami post - felieton, napisany przez mojego męża! Myślę, że pozwoli on Wam spojrzeć na ogrodnictwo z zupełnie innej perspektywy – oczami osoby, która bardzo często współtworzy ogród, ale na co dzień pozostaje nieco w cieniu. Oczami MPO. Zastanawiacie się pewnie, kto lub co kryje się za tym tajemniczym skrótem? Nie będę dłużej trzymać Was w niepewności – zapraszam do lektury!
Ogrodnictwo ma bogatą literaturę przedmiotu. Wciąż powstają nowe książki, artykuły w prasie fachowej, czy posty na branżowych forach. Prawie nigdy nie traktują jednak o MPO, czyli mężach pasjonatek ogrodów. A tymczasem MPO to człowiek-instytucja, na którym posadowiony jest rozwój ogrodu. To uczestnik planowania zmian w ogrodzie, niezbędnych zakupów, a przede wszystkim faktycznych prac fizycznych. Tym samym jest współtwórcą sukcesu niejednej pasjonatki ogrodów, choć na ogół pozostającym w cieniu. Skąd to wiem? Bo sam jestem MPO…
Faza planowania
Laikowi może się zdawać, że istnieje coś takiego jak ogród skończony, w którym posadzono już wszystkie rośliny, wytyczono wszystkie rabaty i ścieżki i nie ma już nic do zrobienia. MPO wie, że to stan nieosiągalny. Że w umyśle jego żony planowanie zmian w istniejącym ogrodzie to proces ciągły, być może skrzętnie ukrywany, lecz wydobywający się na światło dzienne w najmniej oczekiwanych momentach.
Taki moment nastąpił pewnego wieczora, gdy oglądałem półfinał ligi mistrzów, a moja żona spytała znienacka:
- Kochanie, jak się nazywała ta roślina na „k”, która tak nam się tak podobała, gdy w sobotę byliśmy w centrum ogrodniczym?
Każdy, kto choć raz odwiedził centrum ogrodnicze wie, że to obszar o powierzchni kilku tysięcy metrów kwadratowych, na którym znajdują setki gatunków roślin: liściastych i iglastych, kwitnących i nie, zielonych, jasnozielonych, ciemnozielonych lub szarozielonych, przebarwiających się jesienią bądź nie i mających dziesiątki innych właściwości, których nie da się wymienić. Pośród tego bogactwa roślin akurat jedna, akurat na „k”, nam się podobała. Nam! MPO już wie, że owa tajemnicza roślina na „k” będzie wkrótce zasadzona w naszym ogrodzie i nie ma znaczenia, że pozornie nie ma dla niej miejsca. Jakikolwiek opór jest bezcelowy, zresztą pytanie zostało zadane i zamiast jałowych rozważań należy udzielić odpowiedzi.
- Może jaśminowiec? – odpowiadam nadrabiając miną, a świadomie użyta forma pytania jest rozpaczliwą próbą zabezpieczenia się na wypadek radykalnej niezgodności ze stanem faktycznym, który zapamiętała moja żona. Mecz przestaje się liczyć. Ze skupieniem oczekuję na werdykt i słyszę:
- Kochanie, pamiętałeś…
No pewnie, że pamiętałem. Jestem w końcu doświadczonym MPO. Nieważne, że jaśminowiec nie jest na „k”. Nieważne, że pojęcia nie mam jak wygląda. Ważne, że wkrótce znajdzie się w naszym ogrodzie. A to znaczy, że trzeba będzie go kupić…
Z punktu widzenia MPO zakupy dzielimy na te, dokonywane wraz z żoną i te bez niej, za to ze szczegółową instrukcją, co ma być kupione. W praktyce znacznie większym wyzwaniem są te drugie. Zazwyczaj okazuje się bowiem, że stan wiedzy żony – pasjonatki ogrodów i autorki instrukcji zakupowej, nie przystaje do kompetencji przeciętnego pracownika centrum ogrodniczego, a tym samym przygotowana przez nią szczegółowa instrukcja zakupu staje się bardziej przeszkodą niż pomocą w zakupach. Tym samym MPO jest kimś w rodzaju pośrednika pomiędzy profesorem fizyki jądrowej pracującym nad nową koncepcją reaktora atomowego a przypadkowym przechodniem, który z trudem ogarnia wzór na prędkość V = s/t.
Tak było, gdy pewnego dnia na zlecenie mojej żony kupowałem ostrokrzew. Elegancka w swej prostocie instrukcja brzmiała: „kupisz ostrokrzew, osobnik żeński, dwie sztuki”. Nie bez trudu odnalazłem właściwy sektor w centrum ogrodniczym i przeanalizowałem dziesiątki etykiet, z której żadna nie zawierała informacji o płci egzemplarza. Żadna! Moja aktywność została jednak zauważona przez Wyspecjalizowanego Sprzedawcę, który pojawił się znikąd i przywitał mnie słowami:
- Widzę, że interesują pana ostrokrzewy. Doskonały wybór.
- Tak – odpowiedziałem – potrzebuję dwóch egzemplarzy żeńskich. Które to są?
Przez twarz Wyspecjalizowanego Sprzedawcy przebiegł najpierw grymas zaskoczenia, potem lekkiej przygany pod moim adresem, ale finalnie wybrnął w następujący sposób:
- O! Widzę, że się pan zna. Będę z panem szczery: ja się nie znam.
Tak powiedział! Naprawdę! Ale jako MPO mam kupić dwa egzemplarze żeńskie ostrokrzewu i nikt mi w domu nie uwierzy, że personel centrum ogrodniczego nie był na to przygotowany. Rozpaczliwie używam więc całości swojej wiedzy niezdarnie przyswajanej przez lata na lekcjach biologii i mówię:
- Może to te z czerwonymi kulkami? Jeśli to owoce, to raczej powinny występować na egzemplarzach żeńskich, prawda?
- Ma to sens – odpowiada Wyspecjalizowany Sprzedawca, ale brzmi to raczej jako oświadczenie o zrzeczeniu się jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki mojej decyzji zakupowej niż potwierdzenie poprawności rozumowania MPO znajdującego się w sytuacji podbramkowej.
Trudno. Raz się żyje. Kupuję i wracam do domu. Okazuje się, że … jest dobrze. Ufff.
No to jeszcze zakupione rośliny trzeba posadzić. Niby proste: dwie sztuki to będzie jakiś kwadrans pracy, wliczając 13 minut na podjęcie przez żonę decyzji o szczegółowej lokalizacji. Ale przecież… w naszym ogrodzie nie ma miejsca. To znaczy jest. Trzeba tylko usunąć cztery rośliny znajdujące się zbyt blisko miejsca wybranego przez Pasjonatkę Ogrodu dla nowych nabytków. I kolejne cztery, które nie będą się właściwie komponować w osiach widokowych, w których pierwsze skrzypce grać będą nowo zakupione rośliny. Dla tych ośmiu roślin trzeba będzie znaleźć nowe miejsca. I znowu: coś rośnie za blisko, coś koliduje ze starannie zaplanowaną osią widokową, coś trzeba będzie jednak przenieść w inne miejsce… Codzienność MPO!
Na tym właśnie polega ogrodowy postęp geometryczny. Niby chodziło o posadzenie dwóch egzemplarzy, ale po sześciu godzinach pracy, gdy powoli zapada zmrok, okazuje się, że swe miejsce zmieniło 144 roślin a 36 innych zmieniło… właściciela, bo na szczęście obok naszego ogrodu przechodziły sąsiadki, też pasjonatki... A na przyszłość pozostaje jedynie zlecenie zbudowania trzech drewnianych podpór i to zanim zakwitnie cośtam, co nawet nie wiem, jak wygląda... ani kiedy kwitnie… ani, czy już rośnie w naszym ogrodzie, bo być może czeka nas kolejna wyprawa do centrum ogrodniczego… Ale to zupełnie inna historia.
Bez tego bym się nudził. Bez tego mniej czasu spędzałbym z żoną. No i nie miałbym, o czym opowiadać.
Dlatego lubię być MPO.😀